Małgorzata Chaładus

Dziwny jest ten Nowy Świat

Nadal lubię piosenki Niemena, ale tym razem nie będzie o nim. Pod koniec 2011 roku wydawnictwo Nowy Świat wydało w formie e-booka moją powieść „Spotkania”. Serdecznie zniechęcam do jej zakupu. Nie dlatego, żeby była zła. Uważam, że przeciwnie, ale... Po ukazaniu się tekstu wydawnictwo zerwało ze mną wszelki kontakt. Nie dostałam ani jednej odpowiedzi na liczne maile, które wysłałam. Zgodnie z prawem autor powinien mieć dostęp do informacji ile osób zainteresował jego tekst. Nie mówiąc już o ewentualnych dochodach. Choćby starczyły tylko na dropsy miętowe.

Na koniec trzy fragmenciki „Spotkań”, które wrócą pod moją komendę pod koniec przyszłego roku.

 

... Oni postanowili rozpędzić Bunkrowisko na cztery wiatry. Śmierdziało im. Było za blisko. Nie ma co rozmyślać. Do zimy daleko. Nawet do lata nie za blisko. Grunt, że jest wolny. Na tyle na ile to możliwe. W każdym razie od niej. Potem będzie potem. Carpe diem! Zaświstał głośniej. Zimne powietrze zawirowało w dziurawym zębie. Zatkał dziurę językiem. Pomogło na chwilę. Gmerał w prawej kieszeni palcami. Może i drewniane te palce. Nie mógł znaleźć. Cholerna dziura! Pogłaskał kieszeń: ciebie też boli? Zdjął kurtkę i myckę. Wsypał do niej zawartość kieszeni. Pigułek nie było. Schowały się za podszewką. Chwilę zastanawiał się nad kolorem. Wybrał w końcu różowy. Otrzepał drażetkę z paprochów i włożył do ust. Różowy jest wiosenny. Zielonego jest i tak dosyć. Hrabini nawlekła mu kilka igieł. Jej ręce nic się nie trzęsły. Twardzielka. Znalazła kiedyś pudełko z nićmi. Te popularne, białe, czarne, brązowe, popielate były już zużyte. Jeszcze lepiej. Nie trzeba się bać kolorów. Taki na przykład Picasso miał różne okresy, niebieski, różowy. Zielonego nigdy.

 

... Ktoś zasłaniał mu słońce. Jednak zadzwoniła?! Rychło w czas! Co za czasy! Ludzie robią się nieobliczalni.  Zerwał się na równe nogi i stanął twarzą w twarz z nieznajomym mężczyzną. Poczuł zapach drogiej wody po goleniu. Jeden z nich. Twarz pokryta była lakierem bogactwa. Takie twarze miały coś wspólnego niezależnie od rasy i wieku. Ujednolicały się standardowym lakierem. Twarz na pewno nie należała do policjanta. Zbyt refleksyjna. Szukała może zaginionego marnotrawnego brata. Co by zrobiła gdyby objął jej elegancką kurteczkę, poklepał po plecach i powiedział, bracie? Bracie! Twarz pod lakierem wyrażała konsternację spotęgowaną konsternacją z powodu konsternacji. Pewnie nieczęsto jej się zdarzała. Usta zaczęły się poruszać. Doktor czuł ogromną potrzebę, żeby mówić o Narcyzie. Był pewien, że stracił przynajmniej jednego pacjenta. Był taki roztargniony po rozstaniu z nią. Siostra popatrywała na niego niespokojnie. Wspomniała o urlopie. Ignorował jej aluzje. Zaciskał usta. Czuł, że zacząłby mówić o Narcyzie, gdyby je tylko otworzył. Nikt poza nią się nie liczył. Nudziły go narzekania pacjentów. Był wręcz zadowolony, że większość z nich wkrótce umrze. Gdyby mógł, oddałby życie ich wszystkich za jedno życie dla Narcyzy.

 

... Łabędź bił skrzydłami. Słabł. Szyja gięła się bezwładnie do tyłu. Próbował unieść głowę. Uniósł się cały w górę z rozłożonymi skrzydłami. Przez chwilę zastygł wpatrzony w sunące po niebie cumulusy. Załamał się nagle jak śniegowa figura podczas odwilży. Zwiotczał. Konający łabędź. Bakelit podrapał się za uchem. To było jakoś inaczej. Zbliżył się do ptaka i trącił go lekko czubkiem buta. Można ładniej. Postaraj się!

 

Stojąca za plecami Bakelita Narcyza krzyknęła. Odbicie martwego ptaka pobieliło źrenice. Odfrunął! Bakelit kopem podbił kurtkę do góry i narzucił ją na zwłoki. Cofnął się. Ściana łodyg zamknęła się za nim. Odfrunął, powtórzył spokojnie. To jest bardzo ładny kawałek. Musiał go słyszeć. Ciągle go powtarzają. Wiadomo zresztą, że cały wszechświat jest muzyką. Miliardy do miliardowych potęg strun drgają bez ustanku. Dysonanse są nieuchronne. Bakelit  rozrzucił ramiona na boki, zatrzepotał. Odbiegł o kilka kroków. Obejrzał się. Złożył skrzydła. Tajemnicza stała bez ruchu z opuszczonymi ramionami, wpatrzona w kołyszące się lekko trzciny. Wstrząsały nią dreszcze. Bakelit podszedł i ujął ją pod ramię. Odciągnął w cień płaczącej wierzby. Dlaczego bać się nieznanego? Przewidywać najgorsze? Tak widocznie trzeba.

Od 2 do 10000 znaków